TWORZYMY POZYTYWNE RELACJE W MAŁŻEŃSTWIE!
facebook
instagram6
pinterest
bloglovin
Muszę Ci powiedzieć, że szalenie długo nosiłam się z cyklem blogowe zaręczyny. Nim odważyłam się napisać do blogerów z moim pomysłem, minęły chyba 2 lub 3 miesiące! Ale odważyłam się. Pomyślałam – Raz kozie śmierć! Kocham romantyczne historie, historie wzruszające, szalone i pełne miłości, więc czemu ich tu nie opublikować? Miłość jest przecież fajna! 
Pierwszą blogerką, która zgodziła się podzielić swoją historią jest Dagmara z bloga socjopatka.pl Ja Ci to mówię – ta dziewczyna podbije świat! A jej historia zaręczyn… wachlarz emocji!
blogowe zaręczyny socjopatki

Historia zaręczyn Socjopatki

Nasze zaręczyny miały miejsce 3 lata temu. To dawno i niedawno zarazem – jednak dzień ten pamiętam jak dziś. Wyobraź sobie mroźny, styczniowy wieczór i naprawdę nie przesadzam, mówiąc mroźny. Siedzisz sobie w domu, z ciepłą herbatką pod kocykiem i cieszysz się, że masz w domu centralne ogrzewanie.

Siedzę więc sobie tak i ja, i jestem pewna, że w tej pozycji spędzę cały ten wieczór, oczywiście razem z moim chłopakiem i nic nam nie przeszkodzi w celebrowaniu nicnierobienia.
Jakże się myliłam.
Ku mojemu zaskoczeniu, Bartek wstaje i oznajmia, że musi na chwilę wyjść, ale nie może powiedzieć gdzie. Takie rzeczy się u nas nie zdarzają. Ja już pełna obaw, czy wyszedł właśnie „…niby po chleb”. Jednak nie. Wrócił po godzinie… z szalonym pomysłem.

Otóż obok naszego mieszkania (obok to duże słowo, powiedzmy na długość jednego przystanku tramwajowego) była górka, na którą często wychodziliśmy z naszym psem na spacer. Szczególnie latem robiliśmy sobie dłuższe wypady, żeby Psiczka sobie pohasała z innymi psiakami. Zimą raczej nikt w tamten rejon się nie zapuszczał, chyba że w celu zjeżdżania na sankach.

No więc Bartek wymyślił, że w tę ciemnicę, zamieć i mróz – pójdziemy sobie na spacer właśnie tam.
I tu zaczęła się dość długa wymiana zdań.

Moje stanowisko było takie: nie ma mowy, nie zwariowałam, jest za zimno na takie wypady, poza tym łatwiej też zgubić psa w taką zamieć.
Bartek uparty, że koniecznie musimy tam iść, nawet na chwilę. Jego argumenty? Kiedy Psikuska była na górce? Wiesz, jak ona kocha tam biegać! Chociaż na chwile ją weźmy. Daj jej coś z życia.

Z moją miłością do zwierząt musiałam ulec. Dojechaliśmy tam samochodem i rozpoczęliśmy swój spacer po górce.
Psa oczywiście Bartek spuścił ze smyczy mimo moich usilnych próśb, aby tego nie robił, bo jeszcze ją zgubimy. Idziemy więc sobie, spacerujemy, mróz pizga niemiłosiernie, śnieżyca taka, że nic nie widać. Myślę: ja to mam szalonego chłopaka. Jutro będziemy leżeć w łóżku i umierać z gorączką.

Idziemy w stronę mostku, na którym jest tak ślisko, że można się przewrócić. Patrzę więc cały czas pod nogi i wydaje mi się, że w tej ciemności coś zauważam. Tak jakby znicze, ale niezapalone.

Idę i myślę sobie: na cholerę ktoś tu poustawiał znicze? Czyżby ktoś się rzucił z tego mostu? Po czym nagle Bartek coś bierze z ziemi (okazuje się, że to bukiet róż) chwyta mnie za rękę, zaczyna coś mówić, wyznawać miłość i klęka. Coś mówi, mówi, cały czas mówi, ale ja serio nie wiele z tego dzisiaj pamiętam. Zerkam na psa, a ona coś wącha i skacze wokół czegoś na moście. Słabo widzę w tej ciemności, ale zauważam, że to szampan i dwa kieliszki.

W tym momencie Bartek wyjmuje pierścionek i mi się oświadcza. Ja zaskoczona mówię oczywiście TAK, ale dodaję: że nie wyjmę ręki z rękawiczki w ten mróz. Patrząc jednak na zbitą minę mojego przyszłego męża – zdejmuje rękawiczkę. Niestety mróz taki, że nałożenie pierścionka graniczyło z cudem. Po kilku próbach – udało się. Jednak nie byłam w stanie zobaczyć i ocenić jak ten pierścionek wygląda. Zgodziłam się w ciemno.:D

Następny świetny pomysł mojego męża to: napijmy się szampana i zrzućmy kieliszki z mostu. W ten mróz? A jakże! Otwieramy szampana, pijemy kilka łyków, bo więcej się nie dało upić zamrożonej cieczy i rzucamy nimi. Ja oczywiście nie byłam do końca przekonana, bo jak okazałoby się, że ktoś będzie schodził i go zabijemy szkłem? Jednak Bartosz znów postawił na swoim.

Wiesz, jaka była najśmieszniejsza niespodzianka tego wieczoru? Na tym mrozie pod mostem czekał przez cały ten czas przyjaciel Bartka, który pilnował:

  • szampana i kieliszków
  • kwiatów
  • aby ludzie nie przechodzili, kiedy będziemy rzucać kieliszkami
  • i świeczek.

Tak, świeczek. Te znicze, które ledwo dostrzegłam to były świeczki, które miały być zapalone na nasze przyjście, ale co się okazało? Że w taki ziąb nie da się zapalić świeczek, bo zaraz gasną. Więc stały tam sobie niezapalone świeczki, imitując znicze i przerażając mnie zarazem.

Pierścionek zobaczyłam dopiero w samochodzie, na szczęście okazał się piękny, a w środku miał grawer, którego nikt by nie zrozumiał, bo jest tak mocno NASZ.

Wiesz, co w tym było jeszcze piękne? Że Bartkowi zależało, żeby nasza Psikuska była przy tych zaręczynach – i była! I za to go kocham. Jest zarazem niemożliwy, ale i wrażliwy na takie drobnostki jak ja. 🙂

Dziś patrzę na ten dzień z lekkim uśmiechem na twarzy, bo sama sytuacja była trochę patowa, ale przynajmniej możemy powiedzieć, że mieliśmy oryginalne zaręczyny! 😀
blogowe zaręczyny socjopatki

komentarze