Czy w dzisiejszych czasach możemy być jeszcze sobą?

Ten post nie będzie felietonem i nie będzie pozytywny. Ten post nie zmotywuje Was do bycia lepszym. Wrażliwszym. Nie będzie o związku ani tworzeniu domu. Ten post będzie pełen żalu i rozczarowania. Będzie protestem i równocześnie prośbą – prośbą o możliwość bycia sobą.

Tylko…

Czy w dzisiejszych czasach możemy być jeszcze sobą?

Pierwszy e-book, który zostanie przez nas wydany już w maju tego roku, o tworzeniu pozytywnej relacji w związku będzie dotyczył “mnie w związku”. Bo aby móc się dogadać z partnerem, musimy wcześniej poznać dwie inne rzeczy – siebie i partnera. Brzmi to dla Was śmieszne? Rozumiem – przecież każdy siebie jakoś zna no i partnera też. W końcu z jakiegoś powodu jest naszym partnerem.

Jednak o ile potrafię w związki, potrafię wytłumaczyć jak powinno funkcjonować pożycie dwoje skoncentrowanych na wspólnym życiu ludzi – tak nie potrafię w grupy. Nie potrafię w tłum i w to, co wypada.

Szalenie doceniam możliwość bycia sobą w związku. Uważam, że to jest najcenniejsze co może być w życiu każdego z nas. Ponad wszystko kocham ten stan, w którym mogę wejść zapłakana do domu i od progu z podniesionym od bólu głosem i głosem pełnym cierpienia powiedzieć “w dupie to mam! Pieprzę to. Pierdolę!” Ponad wszystko kocham ten stan, w którym mogę być sobą bez bycia ocenioną. Bez krzywego spojrzenia. Bez zniesmaczenia.
Bo mój mąż mnie zna. Wie jaka jestem.

Mój mąż wie, że jeśli płaczę, to przez smutną scenę w filmie. W tym filmie albo cierpi zwierzę, albo umiera główny bohater o wzruszająco czystym sercu – jak w tym filmie “Odrobina nieba” z moją ukochaną Kate Hudson, która zaczęła planować swój pogrzeb. Kiedy dobro przegrywa, kiedy odchodzi ktoś tak wspaniały – ryczę jak bóbr. W moim świecie nie ma zrozumienia na niesprawiedliwość.
Kiedy oglądaliśmy film “Był sobie pies” także więcej wyłam niż oglądałam. Bo psy takie są – w swym uczuciu szczere. Są sobą. Jak na dłoni pokazują czystą radość, kiedy wraca się z pracy do domu. I pokazują rozrywający ich serduszko smutek – bo pan wychodzi i opuszcza go nie wiadomo czy na zawsze.

Mój mąż wie, że jeśli płaczę – to odczuwam ogromne wzruszenie. A jeśli płaczę i przeklinam, kiedy płaczę i w dupie mam wszelkie wypada bądź nie – stało się coś poważnego. Z jakiegoś powodu pękło mi serduszko. Z jakiegoś powodu, narazie tylko mi znanego, odczuwam ogromny ból niesprawiedliwości. I to jest właśnie ta chwila, kiedy musimy być dorośli. Kiedy mąż odkłada na bok wszystko co dotychczas robił, i musi dać czas – czas na wygadanie się, na popłakanie, na przytulenie, na poprzeklinanie, na podniesiony głos i ten ledwo słyszalny.

 

Boli mnie to.

 

Często, kiedy ktoś ocenia kogoś negatywnie, kiedy doszukuje się drugiego dna, złej intencji, pouczamy go mówiąc “nie mierz ludzi swoją miarą”. Dajemy reprymendę, karcimy, jak uderzeniem po łapach karci matka dziecko, które próbuje posmakować nadzienie z ciasta, które mama uszykowała dla cioci. A przecież – ciasta ze śladami paluchów dać nie wypada.
Kiedy jesteśmy sobie obcy, kiedy łączą nas jedynie więzi koleżeńskie – trzeźwym okiem powiemy “nie mierz ludzi swoją miarą”. Mamy odwagę powiedzieć “nie oceniaj źle, nie wszyscy ludzie są źli, nie wszyscy ludzie węszą podstęp… – jak ty”. Ale kiedy jesteśmy bliżej – kraczemy jak wrony. Wyłączamy myślenie. Nie szukamy zwady. Kiedy jesteśmy bliżej nie narażamy się.

 

I ja też dostałam lekcję.
Nauczyłam się, że nie tylko można dawać reprymendę komuś, kto źle ocenił swoją miarą. Nauczyłam się, że każda miara ma inny kolor. Każda miara jest inna. I choć moja miara mówi mi, że ludzie z natury są dobrzy, choć moja miara mówi, że nie ma co szukać drugiego dna, przecież nikt nie chce dla ciebie źle – to dziś już wiem, że i ja nie mogę oceniać ludzi swoją miarą. Bo nasze miary różnią się od siebie. I nie mam pewności, czy w dobrej intencji ktoś nie będzie doszukiwał się drugiego dna.

Ale przeraża mnie to, że w dzisiejszych czasach oczywiste jest zakładanie złego. Szukanie podstępu. I ocenianie bez poznania przyczyny.

 

I choć zawsze broniłam się przed słowami “w dzisiejszym świecie” zakładającym, że dzisiejszy świat to coś złego, to dziś zastanawiam się, czy w dzisiejszym świecie wciąż można być sobą?

Czy w dzisiejszym świecie można powiedzieć zdanie, na które choć nie wszyscy będą znali odpowiedź, choć nie wszyscy będą znali kontekst – można nie zostać negatywnie ocenionym?

Zastanawiam się, czy w dzisiejszym świecie wciąż możemy być sobą?

Zastanawiam się, czy w dzisiejszym świecie ktokolwiek jest sobą? Czy te wszystkie hejty w internecie to prawdziwe oblicze czy postawa obronna przed atakiem? Czy wpadliśmy już w taką paranoję, że bronimy się na zaś, na wszelki wypadek?

 

Zastanawiam się też, czy w dzisiejszych czasach ktokolwiek (!) ma zrozumienie dla bycia kimś innym niż twoim odzwierciedleniem? Czy możesz założyć zabłocone buty na Pierwszy Dzień Świąt, choć pozostała część rodziny przychodzi w wypastowanych pantofelkach? Czy możesz przyjść w spodniach, bo po prostu nie lubisz sukienek i nie chcesz na siłę w nich chodzić czując dyskomfort tylko dlatego, że wypada? Czy w dzisiejszych czasach masz prawo do przeżywania ważnych dla Ciebie chwil po swojemu, bez oceniania czy to co Ciebie wzrusza jest śmieszne, głupie, urocze czy normalne?

Czy w dzisiejszych czasach mogę nie lubić gotować, nie chcieć gotować, w dupie mieć to czy widelec leży po prawej czy po lewej stronie talerza? Czy w dzisiejszych czasach mogę mieć w dupie to co choć dla mnie jest nieistotne, dla kogoś jest ważne, ale jesteśmy w moim domu? Czy w dzisiejszych czasach mogę być sobą bez bycia krytykowaną?

 

Czy w dzisiejszych czasach mogę być sobą?

Tak zwyczajnie – czy mogę być sobą? Czy mogę mieć inne spojrzenie na świat niż Ty?

Tak po ludzku – czy możemy się od siebie różnić bez krytykowania siebie, obgadywania, skarżenia i wyśmiewania?

 

Czy naprawdę żyjąc w świecie, w którym jest tyle zła – musimy robić z siebie tych najgorszych?

Czy w świecie, w którym jest tyle zła, niewypastowane buty na święta to tak wielka zbrodnia?

Czy w świecie, w którym jest tyle zła, chęć zrobienia czegoś co sprawi komuś przyjemność – a czego ktoś inny nie rozumie – to powód do afery?

 

Czy w dzisiejszych czasach możemy być jeszcze sobą?

 

I mówiąc “być sobą” nie mam na myśli “mieć wyjebane na innych”. Po prostu – być sobą… . Być akceptowanym takim jakim się jest. Po prostu.

 

Czy w dzisiejszych czasach możemy akceptować innych takimi jakimi są?
Tak, kurwa mać, po prostu.

(Visited 276 times, 1 visits today)