TWORZYMY POZYTYWNE RELACJE W MAŁŻEŃSTWIE!
 

Nie chcę być utożsamiana z tą grupą społeczną!

Zawsze uwielbiałam czerwone wino i długie rozmowy, wieczorne spacery. Z fascynacją i zaciekawieniem małego dziecka słuchałam opowieści ludzi z pasją. Tym większą – im pasja była mi bardziej obca. Uwielbiałam słuchać, „przekładać” to na siebie, wyobrażać sobie czy ja bym się w czymś takim odnalazła. Uwielbiałam próbować nowych rzeczy i wyciągać z nich lekcję.

Kiedyś, przechadzając się po centrum handlowym, zobaczyłam stoisko z przepięknymi rzeczami. Okazało się, że wszystko było w pół ręcznie robione, techniką decoupage. Zakochałam się w niej bez pamięci! Spędziłam trzy dni na oglądaniu różnych filmików na ten temat, aż w końcu kupiłam cały ekwipunek! Milion farb, pędzli, drewnianych chusteczników, pudełek, niciarek… . To było coś niesamowitego! Robiąc jedno pudełko schodziło mi się nad nim kilka godzin. Wspaniale było móc się przy tym wyciszyć, odciąć od świata, problemów. Być samemu ze sobą.

Do dziś lubię takie robótki. A co by było gdybym postanowiła dołączyć do miłośników rękodzieła?

zero waste

Nie chcę być utożsamiana z tą grupą społeczną!

Na studiach dużo uczyliśmy się o gospodarce żywności. Uczyliśmy się ile z roku na rok marnuje się jakiej żywności. Uczyliśmy się jak marnować mniej. O możliwościach przekazywania żywności na cele społeczne pisałam pracę magisterską. Szczęśliwa byłam, że powstało wiele grup, w których mogę dzielić się pomysłami na niemarnowanie, z których mogłabym czerpać nawet nie inspirację, ale motywację do kontynuowania swojej przygody. W której, tak jak ja, byli ludzie zainteresowani problemem marnowania. Przebywając w tych grupach zobaczyłam, że problem ogólnego marnowania przedmiotów – jest ogromny! Dużo większy niż mi się zdawało. Zaczęłam czytać o tym co się dzieje z foliówkami, plastikiem, ile generuje się niepotrzebnego plastiku! Uśmiechałam się sama do siebie, gdy czytając postępy w zero waste ludzi, zdawałam sobie sprawę, że u mnie w domu od zawsze tak się robiło. Tata od zawsze chodził z koszykiem na zakupy, zamiast brać 30 torebek. Od zawsze luzem do wózka wkładał owoce i warzywa – zamiast chować wszystko do oddzielnych torebek. Często też kupował produkty lokalne.

Cieszyłam się, że to, czym ludzie są teraz zachłyśnięci ja wyniosłam z domu.

Ale nie chcę być kojarzona z tą grupą społeczną! 

Nie chcę by ludzie myśleli, że jestem zero waste’owym świrem! To nie są ludzie, z którymi chciałabym być utożsamiana. Jestem ogromną zwolenniczką świadomego życia. Życia zgodnie ze swoimi zasadami, pasjami, potrzebami. Chciałabym, aby idąc na zakupy ludzie zastanowili się, czy faktycznie potrzebują tych foliówek. Może faktycznie wystarczy jedna duża wygodna torba? Może faktycznie lepiej kupić ryż sypany, niż 4 woreczki po 250 g? Może faktycznie zamiast kupować soki jednodniowe, lepiej będzie kupić marchewki i ukręcić sok samemu? Chciałabym żeby ludzie sami dochodzili do takich wniosków, niż byli obrażani.

Obrażani? Tak! Kiedy przeczytałam na jednej z grup, że ci co jedzą mięso są hipokrytami w tym całym zero waste, zrozumiałam, że tego już za wiele! To jest ponad moje nerwy i siły. Chcę żyć po swojemu! Chcę robić tyle, na ile jestem gotowa, na ile mogę. Chcę robić. Chcę! Ale nie chcę być przy tym obrażana ani wyzywana. Nie chcesz jeść mięsa? To nie jedz. Ale nie zmuszaj mnie do jego rzucenia. Nie obrażaj mnie, bo nie chcę z niego zrezygnować. Daj mi żyć moim życiem.

Fascynował mnie ruch zero waste. Ale nie chcę uczestniczyć w wyścigu do miana tego naj – co najmniej marnuje, najmniej wyrzuca, najmniej ma, najmniej kupuje, najwięcej robi sam. Chcę żyć po swojemu. Chcę sama decydować o tym, z czego zrezygnuję, a z czego nie. Chcę czuć się dobrze podejmując takie decyzje. I nie chcę otaczać się ludźmi, którzy oceniają mnie przez pryzmat tego w jakim opakowaniu kupuję mleko. Mleko – no tak, ono też jest złe – przez zero waste’owców i tu zostałabym skrytykowana, czy ja w ogóle wiem jak się produkuje mleko? Zostałabym pouczona, że nikt nie potrzebuje pić mleka, prócz noworodków. Uch, koszmar! Sio wampiry ode mnie! Dajcie mi żyć po mojemu! Dajcie mi otaczać się ludźmi, którzy są serdeczni, którzy rozumieją, że nie wszyscy musimy być identyczni, dla których ważne jest to jakim jestem człowiekiem, a nie co jem, co mam, na co mnie stać. Nie chcę otaczać się ludźmi, którzy będą oceniać każdy mój zakup. Nie chcę otaczać się toksycznymi ludźmi. Chcę otaczać się ludźmi z pasją, którzy mają jasno postawioną granicę między swoim, a moim życiem. I nie będą ingerować w moją wolność. Chcę się otaczać ludźmi, którzy widzą we mnie człowieka, a nie idee.

Wiecie, martwi mnie to, że za szlachetnymi gestami, za wielkimi ideami – potrafi stać tyle nienawiści, szyderstwa, agresji. Żałuję, że osoby, które dopiero dowiadują się o tym nurcie, o tym, że można żyć bardziej świadomie – uciekają!
Wielu mówi, że zero waste to ideologia, że bycie less waste to kpina i pobłażliwość. Że tylko zero waste ma sens. A ja się zastanawiam – gdzie w tej ideologii miejsce na drugiego człowieka? Na szacunek do człowieka? Na naukę?
Przecież dobry maratończyk też zaczynał od chodzenia przy meblach, niezdarnego stawiania pierwszych kroków, a po dwóch robił bęc na pupę. Każdy z nas uśmiercił kilka roślin nim nauczył się jak o nie dbać. I nie każdy z nas jest w stanie zrezygnować ze swojej rutyny, przyzwyczajeń, które dają mu poczucie bezpieczeństwa.