O czym powiesz mi, kochany, siedząc ze mną nad przepaścią?

Gdyby ktoś zapytał mnie o wspomnienie najwspanialszych chwil z moim Mężem, opowiedziałabym wszystkie te historie, które działy się na dworze. Opowiedziałabym jak piliśmy białe wino z zielono-przezroczystych kieliszków siedząc na skarpie, na ciemnoróżowym kocyku z polaru niepasującym do niczego. A już na pewno niepasującym do otaczającej nas wtedy przyrody. Kocyk nie pasował ani do beżowych pól pszenicy rosnącej za nami, ani do lichej trawy koło nas, ani do piachu broniącego się przed rwącą rzeką pod naszymi wiszącymi ze skarpy stopami… .

O czym powiesz mi, kochany, siedząc ze mną nad przepaścią?

Opowiedziałabym te wszystkie historie, w których siedzieliśmy w Zabrzu na betonowym bloku – tym tuż za mostem prowadzącym w stronę M1, tuż pod torami kolejowymi, na tym betonowym bloku na Maciejowie.
Opowiedziałabym te wszystkie historie, w których w Zabrzu przemierzaliśmy szlaki z paproci w parku na Czołgistów, w tym samym parku, w którym ja widziałam psa, a on łosia. I do dziś nie możemy dojść do porozumienia, które z nas widziało prawdę. Ja nie widziałam poroża – Dawid tak.
Opowiedziałabym historię jak lepiliśmy bałwana w Parku Dubiela. Nie wiedziałam wtedy, że zamsz nie lubi się ze śniegiem, a już na pewno nie lubi być suszony na kaloryferze… .

Ach, przecież! Zapomniałabym o najlepszym!

Opowiedziałabym te wszystkie razy, w których pieszo szliśmy do centrum, do Platana. W których czekaliśmy na jedynkę – jedyny tramwaj z jednym wagonem.  W których szalenie przeżywałam każdy moment, w którym musieliśmy biec, aby na niego zdążyć, a moja kondycja była tak bardzo daleka od jego.

 

Gdyby ktoś zapytał mnie o wspomnienie najwspanialszych chwil z moim Mężem, opowiedziałabym wszystkie te historie, które działy się na dworze.
Które zaczynały się pędem, a kończyły spokojem.
W których nasze buty skierowane były w tą samą stronę.
W których oboje zaczynaliśmy od prawej nogi.
W których oboje wbijaliśmy wzrok w przestrzeń. W rzekę, w polany, w uciekające sarny i w niebo. W korony drzew wzbudzane przez wiatr. I tą kostkę – kocie łby… .

Gdyby ktoś zapytał mnie o wspomnienie najwspanialszych chwil z moim Mężem, opowiedziałabym wszystkie te historie, które działy się na dworze.
W których mimo upływu lat, mimo coraz dłuższego stażu związku, cofaliśmy się w naszych rozmowach do czasów dzieciństwa. Do czasów naszych początków. Do wydarzeń, które mimo upływu lat wciąż wywołują w naszym sercu smutek, gorycz, uczucie niesprawiedliwości. Do przyczyn dzisiejszych skutków.

Gdyby ktoś zapytał mnie o wspomnienie najwspanialszych chwil z moim Mężem, opowiedziałabym wszystkie te historie, które oparte były na zaufaniu i ryzyku. W których nie baliśmy się mówić o przeszłości. O skutkach i przyczynach. Nie baliśmy się odkrywać przed sobą. Nie baliśmy się mówić. Nie baliśmy się być sobą. Nie baliśmy się na głos przyznać. Opowiedzieć o porażkach.

 

 

I choć jesteśmy ze sobą już te naście lat, wciąż wracamy do wydarzeń z czasów dzieciństwa i dorosłości. Wciąż wychodzimy na dwór i siedząc na ciemnoróżowym kocyku niepasującym do niczego, pośród beżowych kłosów pszenicy i lichej trawy, siedząc ze spuszczonymi nogami na skarpie tuż nad rwistą rzeką – poruszamy te same tematy, jakbyśmy próbowali raz jeszcze namalować nasz obraz… – tym razem pełniejszy. Bliższy prawdy. Bliższy rzeczywistości. Nas.

 

 

Związek to coś więcej niż kilka pierwszych randek w kawiarni. Kilka wypitych piw w knajpie i w plenerze. To coś więcej, niż kilka spacerów nim pierwszy raz złapiemy się za ręce, zamieszkamy razem, zaczniemy żyć codziennością.
Związek jest jak malowanie obrazu. Zaczynamy od pierwszy raz zatemperowanego ołówka i białej kartki papieru. Od szkicu – kilku kresek, kilku konturów i kilku najważniejszych fragmentów. Ale to jeszcze nie jest obraz. To dopiero kilka randek.
Później dochodzą szczegóły.
Poznajemy kontekst.
Historię.
Wraz z zaufaniem przychodzą kolory. Ale nie można nałożyć dwóch świeżych farb na siebie, bo kolor się wymiesza, powstanie jakaś breja. Bo kto to widział zielone niebo patrząc na żółte słońce i niebieskie tło? Musimy poczekać aż pierwsza warstwa wyschnie. Dopiero później, gdy pewność siebie samego i siebie wzajemnie będzie już większa – możemy w to miejsce nałożyć nową farbę. Wprowadzić emocje. Uczucia. Przeżycia.

Związek jest jak malowanie obrazu farbami. Tego nie da się zrobić nie poświęcając czasu. Nie wracając do raz naszkicowanego kształtu i raz użytego koloru.

W każdym z nas drzemią historie, których nie chcemy pokazywać światu. Słowa, które zraniły nas tak bardzo, że jesteśmy bardziej gotowi zrezygnować ze znajomości, niż tłumaczyć dlaczego.

Związek to wracanie do starych historii i dodawanie im kontekstu. Koloru, emocji i uczuć.

 

Więc o czym powiesz mi, kochany mój, gdy jeszcze raz usiądziemy nad przepaścią? O czym powiesz mi, kiedy wyjdziemy z domu na długi spacer, albo usiądziemy na skarpie lub na betonowym słupie tuż za mostem? O czym powiesz mi, kiedy znów będziemy tylko my i przestrzeń…?

 

A później znów będzie czas powrotu do domu.
Do codzienności.
Ale to czego doświadczyliśmy – zostanie.

(Visited 353 times, 1 visits today)