TWORZYMY POZYTYWNE RELACJE W MAŁŻEŃSTWIE!
 

Wspólne mieszkanie przed ślubem?

Nas do wspólnego zamieszkania zmusiła sytuacja. Chcąc być razem, nie było siły – Dawid musi przenieść się z Zabrza do Warszawy! Ja, mając duże mieszkanie, nie wyobrażałam sobie aby Dawid wynajmował gdzieś pokój i płacił obcym ludziom za wynajem. Jedynym słusznym (logicznym) rozwiązaniem było wspólne zamieszkanie. O zgrozo wspólne, bo w jednym pokoju!

mynaswoim czerwiec
Wcześniej opowiadałam Ci, że wspólne zamieszkanie było błędem. Jakaś obca osoba wkracza w buciorach w mój teren, żąda biurka w pokoju i miejsca w komodzie. W pierwszych miesiącach wspólnego życia byłam na Dawida cięta jak osa. Czułam się za niego odpowiedzialna, wszak rzucił dla mnie swoje dotychczasowe życie. Ale nie mogłam już znieść jego obecności. Codziennie, prawie 24h razem! Z czasem nauczyłam się odpuszczać. Zostawiać go samego. Wychodzić ze znajomymi bez niego, jak do tej pory i bez wyrzutów sumienia.

Niepohamowana radość!

Szalenie się cieszę, że zamieszkaliśmy razem przed ślubem! Szalenie cieszy mnie to, że takich emocji, jakie miałam w pierwszych tygodniach wspólnego życia na swoim, nie miałam jako żona. To był czas, kiedy mogliśmy się dotrzeć, nauczyć się wspólnego funkcjonowania bez brudzenia naszej małżeńskiej karty.

Początki wspólnego mieszkania mieliśmy już w Zabrzu. Dawid wynajmował kawalerkę. To było cudowne doświadczenie! Nie było nic lepszego, niż my na małym swoim robiący razem obiad, kolację, śniadanie. Parzący kawę. Było cudownie! Wspólne mieszkanie przed ślubem nauczyło nas też, kto za co będzie odpowiadał w małżeństwie. Po tych kilku pierwszych dniach już wiedzieliśmy, kto odkurza, kto gotuje obiady, jaki będzie podział obowiązków. Wspólne mieszkanie po raz kolejny pokazało nam, jak mało o sobie wiemy, i jak reagujemy w nowych sytuacjach. Nauczyliśmy się żyć ze sobą. Teraz wiem, że będąc małżeństwem, ominie nas wiele nieprzyjemności. Jedyne co nam pozostanie po ślubie, to cieszenie się sobą i nową sytuacją.

Małżeństwo ogranicza

Ze strony mężczyzn spotkałam się ze stwierdzeniem, że małżeństwo kończy pewien etap. Już nie będzie spontanicznych nalotów na piwko. Nie będzie meczyków z kolegami. To bardzo przykre. Z jednej strony bierzesz ślub, po ślubie od razu zamieszkujecie razem, jest euforia i… masz takie przygnębiające myśli.

W naszym wypadku było inaczej. Kiedy mieszkałam u Dawida w Zabrzu, jego koledzy wbijali do nas bardzo często! Koledzy – często totalnie nie z mojej bajki. I choć gdzieś tam się na to denerwowałam – lubiłam to. Lubiłam nasz otwarty dom. Lubiłam to, że będąc już w piżamie pukał do naszych drzwi jakiś koleszka z piwkiem dla nich i czekoladkami dla mnie do śniadaniowej herbatki. Żyliśmy w kawalerce, oni sobie gadali a ja… zasypiałam. Jak gdyby nigdy nic.

Są dwa światy i nas jest dwoje

Żyjąc w kawalerce, siłą rzeczy słuchałam też ich żartów o kobietach. Na początku więdły mi uszy. No co za oszołomy! – myślałam sobie. Z czasem nauczyłam się dystansu. Nauczyłam się popadać w skrajne żarty. Dziś, nie mamy z Dawidem problemu z komentowaniem ludzi. On nie burzy się gdy ja mówię „ale z niego ciacho, taki przystojny, męski”. Ja też nie obrażam się gdy słucham jak Dawid gada z kolegami o kobietach. To jest właśnie wspólne mieszkanie – dzielenie męskiego i żeńskiego świata.

Gdy decydujesz się na wspólne zamieszkanie, dostrzegasz kolosalne różnice między wami. Nagle okazuje się, że WY jesteście z totalnie innych bajek. Okazuje się, że macie zachowania, żarty, często i poglądy, o które byście się nie podejrzewali. Czasem takie sytuacje prowadzą do kłótni. Czasem do rozstań. Czasem uczą Was wspólnego życia. Czasem ta nauka usłana jest gorzkimi słowami. A czasem przynosi cudowne owoce.

Tak, zdecydowanie uważam, że warto zamieszkać razem jeszcze przed ślubem. Nie ma nic gorszego niż skok na głęboką wodę bez deski ratunku, kiedy jeszcze nie umiesz pływać.

skomentuj-1