Mów o uczuciach choćby nie wprost! Choćby…

Często spotykam się z pytaniem, jak zmusić faceta do mówienia o uczuciach, albo z problemem – jak obudzić w mężczyźnie emocje, empatię, gest.
I choć sam proces zmiany nawyków jest szalenie długi, bo nawyk, z tego co mówiono nam na studiach, to długotrwałe, utrwalone przez ciągłe powtarzanie zachowanie, jest szalenie proste do wypracowania.
Ten nawyk to nie odmawianie sobie. To nie pragnienie zakazanego owocu. On nie wymaga nawet słów. A może są one wręcz zbędne?

Mów o uczuciach choćby nie w prost! Choćby…

Mówienie o uczuciach jest strasznie kłopotliwe. I kiedy piszę “strasznie” zaraz przypominają mi się słowa taty, który za każdym razem powtarzał mi, że “strasznie nacechowane jest negatywnie, więc nie może być coś strasznie dobre – może być bardzo dobre, albo strasznie złe”. I nie wiem już sama, czy te “kłopotliwe” to taki duży kłopot, i nie wiem, czy powinnam powiedzieć “strasznie” czy “bardzo”.
Bo mówienie o uczuciach wcale nie wymaga od nas zbyt wiele, a na pewno nie wymaga zbyt wielu słów. Nie wymaga głębokiego spojrzenia w oczy, kiedy my boimy się zerknąć choćby ukradkiem. Nie wymaga od nas pięknych słów, kiedy nasze usta same zaciskają się z uczucia.

Mówienie o uczuciach to przybicie piątki z usłyszanego żartu.
To posmeranie po karku, kiedy przechodzisz za.
I głośne zapytanie z sypialni, czy kładziesz się już spać.

Najpiękniej o uczuciach mówi się jadąc samochodem.
W czasie jednostajnej trasy przez las, a także w staniu w korku w godzinach szczytu. To ból głowy po ciężkim dniu pracy i odprężenie po weekendzie na wsi. To patrzenie przez okno na mijane drzewa, domy i odbijające się słońce w bocznym lusterku i popatrzenie na siebie.
Uśmiechnięcie się.

 

Są różne sposoby na okazanie uczuć.  Dla mnie jednym z tych najpiękniejszych jest uśmiech – taki zwyczajny, bez powodu.

– Co tam? – pyta wtedy mój mąż.
– A nic. Dobrze mi jest. Szczęśliwa jestem.

Uśmiech – bez słów, po prostu.

(Visited 215 times, 1 visits today)